Siódma Planeta
bezpłatna książka on-line

Opowiadania Fantazy Faron Ceremonia Zespolenia ciąg dalszy

1 2 3

FARON PROLOG Ceremonia Zespolenia

opowiadanie pochodzi z książki: MAGOWIE, HERMONIANIE I LUDZIE

Naturalne Zasady Życia

TOM I: SIÓDMA PLANETA - Ostatni Władca Magii

Planeta Faron

początek XXI wieku ziemskiego

część druga

Tymczasem Delnea weszła na Platformę Widokową. Siedziało tam już kilkadziesiąt osób, w tym kilku jej znajomych. Gestem powitalnym skłoniła się wszystkim obecnym i wykonała Znak Pokory. A jako najbliższa osobie doznającej zespolenia, zasiadła w pierwszym rzędzie. Czekało na nią specjalne miejsce z oparciem. Siadając czuła rozpierającą dumę z jej wspaniałego męża. Choć towarzyszyły jej także obawy, związane z tym, co miało się wkrótce wydarzyć. Niewielu osobom dane jest doznać podwójnego zespolenia. Zgodnie z ich tradycją, drugie zespolenie jest jak przepowiednia wskazująca ważne przyszłe zdarzenie lub zdarzenia. Oznacza, że jej męża czekają wielkie czyny. „Tylko jakie” – pomyślała spoglądając w dół. Znajdowała się na krawędzi drewnianej platformy, zabezpieczonej drewnianą balustradą. Po dwóch strona znajdowały się konary drzew, a z tyłu ściana Twierdzy Naturalnego Dziedzictwa. To na tych trzech elementach umocowana była platforma. Dzięki temu była stabilna i bezpieczna. Obok Delnei siedziała starsza kobieta.

— „Zapewne matka Quasiny lub Karyntiusza” – pomyślała. Popatrzyła na jej pomarszczoną wiekiem twarz. „Raczej Karyntiusza, są podobni” – kontynuowała rozmyślania. Ale nie odważyła się zapytać.

Rozejrzała się dookoła. Pierwszy raz tutaj była, tak wysoko. Gdy Kleos doznawał zespolenia ze słoniem, dość słabo go znała i oglądała rytuał z dołu, tak jak większość. Wówczas mogła tylko pomarzyć o tak niesamowitym mężu. Była zaledwie nastolatką. A teraz ma go na wyciągnięcie ręki, w nocy i w dzień. Jest jej i tylko jej.

— „Gdyby tylko jeszcze dał się przekonać do .. „ – pomyślała nieśmiało spoglądając dookoła. — „Będę musiała z nim porozmawiać, aby zrozumiał istotę problemu …”.

Przez chwilę walczyła jeszcze z natarczywymi, negatywnymi myślami, ale już po chwili skupiła się na tym, co dobre i obecnie najważniejsze. Popatrzyła w dół, na siedzących wspaniałych ludzi. Całe rodziny rozsiadły się na wielkiej, drewnianej, płaskiej widowni. Jedni mieli kocyki, zwykle dla dzieci, inni siedzieli bezpośrednio na drewnianym podłożu. Wszyscy radośni, weseli, szczęśliwi. Gotowi na wielką Ceremonię Zespolenia. Na widowisko, które zawsze było inne. Nigdy, ale to nigdy przebieg i efekty zespolenia nie były takie same. Wszyscy byli ciekawi, co tym razem sprezentuje im natura. Ich naturalna matka i żywicielka.

„Wspaniały widok” – pomyślała Delnea patrząc na radujące się dziesiątki tysięcy mieszkańców Faron. „Wspaniały! Ale może być jeszcze lepiej. Niech go tylko przekonam, a potem pozostałych .. ” – kontynuowała swoje przemyślenia. „Świat się zmienia, my także musimy za nim podążać …”.

Negatywne myśli jednak powróciły, najwyraźniej męcząc ją oraz najwyraźniej wytrącając z równowagi. Spojrzała nieco smutnym wzrokiem w dół. Elipsoidalna płaszczyzna widowni otaczała kilkudziesięciometrową scenę, także wykonaną w kształcie elipsy. Bo jak byli przekonani wszyscy mieszkańcy Faron, elipsa to kształt idealnie naturalny. Dalsze części widowni położone były nieco wyżej a te bliższe scenie były na jej poziomie, a może nawet nieco poniżej. Dzięki temu także ci, co siedzieli daleko, doskonale widzieli to, co dzieje się na scenie. Pod wpływem usłyszanego hałasu spojrzała do góry. Szum oraz trzeszczenie – to dźwięki, które wydobywały się z dachu. Po chwili zaczął się otwierać. Centymetr po centymetrze. Aż do końca. Zgromadzeni wokół sceny ujrzeli wspaniałe niebieskie chmury i ciepłe promienie Dziennej Gwiazdy.

Gdy wyszedł na scenę Naturalny Kledzyn - zapanowała zupełna cisza. Widzowie wiedzieli, że nie powie ani słowa. Zresztą, nawet gdyby powiedział i tak większość siedząca w oddali nie usłyszałaby i nie poznała znaczenia wypowiadanych wyrazów. Zgodnie z tradycją wykonał taniec z gestykulacją. Zapewne niewielu nie znając go wcześniej, mogłoby podejrzewać, że w tym zaawansowanym wiekiem człowieku jest tak dużo lekkości i tanecznej finezji. Niczym młodzieniec – poruszał rękoma, nogami, biodrami, tułowiem i głową. Całym swoim ciałem malował naturalne przesłanie, które wszyscy i tak doskonale od najmłodszych lat doskonale znają:

„Dzisiaj nadeszła pora cudownego zespolenia,

Człowieka i jego naturalnego odzwierciedlenia.”

Tak, to znał każdy. Już będąc w kołysce słyszał te dwa zdania po raz pierwszy. A w szkole przez cały jeden rok prowadzone były zajęcia z dziećmi, aby właściwie zrozumiały przesłanie płynące z natury:

„Dzisiaj nadeszła pora cudownego zespolenia,

Człowieka i jego naturalnego odzwierciedlenia.”

To przesłanie było istotą życia i istnienia planety Faron. Dzięki mądrości zawartej w tych dwóch prostych zdaniach, nie było na ich planecie przemocy ani żadnych innych przestępstw. Ludzie się kochali oraz szanowali. Siebie oraz wszystko co naturalne. Równocześnie odrzucając to, co sztuczne, co mogłoby spowodować zniszczenie piękna oraz harmonii w jakich żyli.

Po występie ceremonialnego Kledzyna nadeszła pora na rytuały naturalnego zespolenia. Dzięki nim człowiek zdobywał umiejętności charakterystyczne dla jego naturalnych odpowiedników. Ale nie tylko to było ważne. Dzięki posiadaniu awatara, jego posiadacz osiągał wewnętrzną równowagę, która umożliwiała mu spokojne, pokojowe życie pośród natury planety Faron.

Jako pierwsza na scenie pojawiła się Quasina. Śliczna młoda kobieta, smukła i radosna. Wyglądem przypominała wspaniały kwiat rozsiewający radość w swoim otoczeniu. Weszła szerokimi drzwiami ulokowanymi pod górną częścią widowni. Specjalnym wejściem dla przyszłych awatarów. Z drugiej strony sceny, kilku silnych mężczyzn wniosło w specjalnych, drewnianych, rzeźbionych skrzyniach kwiaty: prześliczne róże. Każda w innym kolorze: żółta, jaskrawo–czerwona, niebieska, pomarańczowa, zielona, brązowa i purpurowa. Naturalne zespolenie z roślinami prawie zawsze odbywa się w formule wspaniałego tańca, w trakcie którego człowiek „płynie” po deskach sceny. Tak właśnie było z Quasiną. Rytualny taniec w jej wykonaniu, to była prawdziwa uczta dla każdego, kto miał przyjemność uczestniczyć w ceremonii. Zdawała się zupełnie nie dotykać podłogi. Całe jej smukłe i elastyczne ciało starało połączyć się z naturą - naturalną harmonią oraz spokojem otaczającego, wspaniałego świata. Widzowie byli zachwyceni jej kobiecym powabem i lekkimi, baletowymi ruchami. Chyba nie tylko ludziom spodobał się ten widok. Najwyraźniej kwiatom – także. Już po kilkudziesięciu sekundach purpurowa róża rozpoczęła pochylanie się w kierunku wspaniałej, młodej kobiety. Pozostałe także uczyniły delikatny ruch, ale najwyraźniej oddały pierwszeństwo purpurowej koleżance. Przyznać trzeba, że idealnie pasowały do siebie: róża i tancerka. Kobieta w rytualnym tańcu powolutku zbliżała się do przychylnej, przepięknej róży. Kwiat jakby wykonywał podobne ruchy, lekko falował na wietrze zbliżając się w kierunku tancerki. Wspaniały widok! I taki naturalny. Z róży i z kobiety popłynęły obłoczki: purpurowy oraz kremowy. Wzniosły się lekko w górę i na wysokości jakichś 2 metrów nastąpiło ich wirowanie przechodzące w zespolenie. Widok był tak niesamowity, że przez całą widownię przeszedł jęk zachwytu oraz zaskoczenia. Tak szybkie zespolenie zdarza się rzadko. Oznaczało, że Quasina będzie mieć unikatowe umiejętności oraz, iż będzie wspaniałym awatarem róży. Piękne, kolorowe obłoczki, po płynnym połączeniu i wymieszaniu, zmieniły się w dużą kulę wielokolorowej mgły. A ta unosząc się kolejnych kilka metrów do góry, wybuchła jak mydlana bańka pęka pod wpływem dotknięcia ludzką ręką. Większość kolorowej mgiełki opadła na Quasinę i różę. Reszta poleciała dużo dalej, w kierunku osób siedzących najbliżej sceny. Widząc to wielokolorowe widowisko ludzie niemal eksplodowali. Bili brawo, krzyczeli, piszczeli, radując się szczęściem Quasiny. A tancerka? Zatrzymała się, podeszła do róży, przyklękła i złożyła na jej płatkach delikatny pocałunek. Najdelikatniejszy jaki potrafiła uczynić swoimi pąsowymi, delikatnymi ustami, aby nie zniszczyć wspaniałego daru natury. Wszyscy dookoła wstali i bili brawo, radując się jakby ich samych spotkało tak wielkie szczęście. Wspaniałe widowisko!

Delnea popatrzyła na siedzących obok niej ludzi. Część z nich płakała ze szczęścia. To byli zapewne najbliżsi wspaniałej Quasiny. Przez myśl przemknęło jej wspomnienie, związane z własnym zespoleniem. Była ona awatarem dzikiej pumy, a puma była jej awatarem. Bo tak to było na Faron rozumiane. Skoro zwierzęta, rośliny oraz ludzie są równi, to człowiek staje się awatarem zwierzęcia lub rośliny. A zwierzę czy roślina otrzymuje dar bycia awatarem człowieka. Naturalne zespolenia prowadziły do doskonałego zrozumienia oraz harmonii ludzi z pozostałymi istotami żywymi.

Na koniec swojego wspaniałego występu, Quasina lekko wirując ze szczęścia w tańcu, wykonała w każdą stronę świata Znak Pokory. Widzowie wykonali ten sam znak w jej stronę, ponownie mocno bijąc brawo i okrzykami gratulując wspaniałego zespolenia. Wtedy młoda kobieta zeszła ze sceny, a jej awatarowe kwiaty zostały zabrane przez grupę mężczyzn obsługujących dzisiejsze ceremonie zespolenia. Niosąc je pomiędzy ludźmi, również otrzymali wielkie brawa. A może to nie były brawa dla mężczyzn, tylko dla wspaniałych róż? Tak, zapewne to były brawa dla prześlicznych darów natury.

Tymczasem na scenie, miejsce przepięknej, młodej kobiety zespolonej z jeszcze wspanialszą różą, ponownie zajął Naturalny Kledzyn. Zapanowała cisza. Powtórnie wykonał swoim starym, ale ciągle jeszcze gibkim ciałem - taneczne przesłanie znane wszystkim zgromadzonym:

„Dzisiaj nadeszła pora cudownego zespolenia,

Człowieka i jego naturalnego odzwierciedlenia.”

Prowadzący ceremonię odszedł, a oczom osób będących na widowni ukazał się Karyntiusz. Młody, wysoki mężczyzna o dość szorstkich rysach twarzy i krępej budowie ciała. Zwrócił się w stronę dębu, popatrzył na niego głębokim wzrokiem. Zapewne chciał dotrzeć do wnętrza tego wspaniałego drzewa. Pragnął chyba przekazać przesłanie. A może prośbę o przyjazne potraktowanie? Po dłuższej chwili, rozpoczął męski, rytualny taniec zespolenia. Na początku gestami wywoływał gdzieś hen, wysoko złowrogie, naturalne siły. Wiatr, huragan, grzmoty, błyskawice. Potem pewnymi, mocnymi ruchami naśladował dębową tarczę, w którą uderzają potężne moce. Uginał się pod naporem niewidzialnych sił, a gdy wydawało się, że już zaraz upadnie, nachylał się w stronę jednego z dębów podtrzymujących Platformę Widokową. A dąb wyciągał w jego stronę brązowo-zielone gałęzie. Sprawiało to wrażenie, jakby drzewo dębowymi mocnymi rękoma wspierało Karyntiusza. Człowiek wraz z potężną rośliną we wspólnej walce o przetrwanie oraz obronę słabszych. W trakcie zmagań z wyimaginowanymi siłami, musiało nastąpić odchylenia od pionu pnia drzewa. W pewnym momencie platforma zatrzeszczała, a siedzący na niej ludzie wydali delikatne jęki. To był strach? Ale dąb wytrzymał, ponownie. Jak i człowiek. W pewnym momencie, gdy Karyntiusz był bardzo blisko drzewa, jedna z gałęzi uderzyła w tancerza. Głośny okrzyk zdziwienia przebiegł przez całą widownię. Czyżby dąb nie godził się na naturalne zespolenie? Może jednak trzeba przerwać ceremonię? Gałąź i listki owinęły się dookoła Karyntiusza i wciągnęły mężczyznę na chwilę w głąb korony drzewa. Liście skryły go na dobre kilkanaście sekund przed ludzkim wzrokiem. Wszyscy obecni na ceremonii zamarli z wrażenia. Zapanowała idealna cisza. Strach udzielił się chyba wszystkim obecnym. Bliscy Karyntiusza, siedzący obok Delnei, wstali. W oczach mieli przerażenie i łzy. Wiedzieli, czym się to może zakończyć. Oczekiwali finału i to chyba niekoniecznie zbyt bardzo szczęśliwego. Wtem, po dłuższej chwili z zielonej korony drzewa, wyleciał jak z procy Karyntiusz - do góry na kilkanaście metrów … A po chwili spadał już w dół. Prawa faroniańskiej fizyki były nieubłagane:

„Co wzleci do góry, musi kiedyś spaść”.


Chcesz poznać całą historię opisaną w powieści Siódma Planeta? Zapraszam do nabycia Tomu I, który poza tym, co już poznałeś/aś, zawiera także:

CZĘŚĆ I – GALAKTYKI A LUDZIE
CZĘŚĆ II - ZIEMIA

czyli łącznie ponad 300 stron powieści. Szczegóły – wydawnictwo: www.poswojsku.pl

Siódma Planeta okładka książki

Młodzieniec niechybnie roztrzaskałby się na deskach widowni, gdyby nie dąb. Gałęzie chwyciły go w ostatniej chwili, tuż przed uderzeniem w podłogę. Bezczelność działania drzewa mogła być porównana jedynie do jego potężnej budowy. Dąb postawił mężczyznę na deskach widowni i lekko jeszcze falując, powrócił do poprzedniej, roślinnej bezczynności. Może to jedynie było złudzenie setek ludzi, ale wyglądało to tak, jakby konary ułożyły się w geście uśmiechu. To był wspaniały i jednoznaczny znak wsparcia potężnego drzewa dla naturalnego człowieka. Zespolenie zakończyło się wspaniałym sukcesem. Ludzie wstali bijąc brawo. Wszyscy się radowali. I chyba jeszcze nigdy wcześniej nikt nie przeżył tak emocjonującego i przez chwilę niebezpiecznego, aczkolwiek pozytywnego zespolenia. To było niesamowite widowisko. Niesamowite! Tysiące osób biły brawo dla człowieka, który dostąpił zaszczytu zespolenia oraz dla dębu. Wspaniałej rośliny dającej siłę i odwagę swojemu awatarowi. Na koniec pobytu na scenie, Karyntiusz wykonał Znak Pokory w stronę dębu, a on ponownie lekko falując, najwyraźniej odwzajemnił się tym samym. Potem ten sam znak radosny młodzieniec wykonał także w każdą stronę świata. Ludzie na widowni odwzajemnili Znak Pokory. A dąb? Także lekko pochylił się, jakby próbował wykonać starodawny, naturalny gest w kierunku wszystkich ludzi. Najwyraźniej starał się potwierdzić, że ludzie i drzewa to jedna natura. Młody mężczyzna ze spokojem i uśmiechem na ustach, ostatnim gestem – delikatnym skinieniem, pozdrowił wspaniały twór natury i zeszedł ze sceny. Po chwili pojawił się na niej ponownie Naturalny Kledzyn. Znowu zapanowała cisza. Wszyscy wpatrywali się w najważniejsze przesłanie na Faron. Ale tym razem miało przecież wydarzyć się coś wyjątkowego. Dlatego i przesłanie tańczącego starca było inne – składało się z dwóch części:

„Dzisiaj nadeszła pora cudownego zespolenia,

Człowieka i jego naturalnego odzwierciedlenia.”

„Ten kogo naturalny, podwójny zaszczyt spotyka,

Wielkich i ważnych rzeczy w swoim życiu dotyka.”

Nadszedł czas Kleosa. Gdy pojawił się na scenie, serce Delnei zadrżało. Patrzyła na ukochanego prosząc Matkę Naturę, aby go pobłogosławiła i pozwoliła mu na doznanie podwójnego zespolenia. Po drugiej stronie sceny, tam gdzie wcześniej stały kwiaty, znajdowało się teraz owalne akwarium, a w nim kilka niewielkich ryb. Pięknych, lśniących, kolorowych. Oraz jedna inna – zupełnie szara. Ale zanim młodzieniec cokolwiek zdążył uczynić, rozbrzmiał głośny dźwięk dochodzący z zapewne z bardzo daleka.

— Słonie! Słonie! To dźwięk ich trąb – tak na dochodzący dźwięk zareagowali ludzie na widowni. – Wspierają go!

Tak. To prawda. Najwyraźniej stado słoni postanowiło wesprzeć swojego ludzkiego awatara w akcie zespolenia. Mężczyzna poczekał, aż wybrzmią wszystkie dźwięki: ludzkie i zwierzęce. Zamknął oczy, lekko uniósł ręce i głośno, bardzo głośno krzyknął:

— Dziękuję moi ukochani przyjaciele.

To było niesamowite. Duch naturalnego uniesienia napełnił wszystkich tutaj obecnych. A spokój i równowaga Karyntiusza rozlała się po całej scenie. Odczekał jeszcze chwilę, bo przecież nie ma sensu się śpieszyć. Po czym rozpoczął ceremonię zespolenia. Na szczęście nie musiał tańczyć. I dobrze, bo w jego wykonaniu taniec jest tak niezgrabny, że osobom patrzącym trudno jest zwykle powstrzymać śmiech. Ale cóż, nie jest łatwo poruszać się z gracją będąc dwumetrowym i ponad stukilowym człowiekiem. Oj, nie jest łatwo. Bohater naturalnego zespolenia podszedł bliżej akwarium, wykonał Znak Pokory w stronę pływających zwierząt. Uklęknął i usiadł przed nimi na własnych kończynach w odległości dobrych dwóch metrów. Zamknął oczy. Rozpoczął medytację. Zwrócony był twarzą w kierunku pływających przyjaciół. Błoga cisza w całej wielkiej budowli świadczyła, że dzieje się coś wspaniałego, unikatowego. Naturalna Medytacja trwała i trwała. A wraz z nią cisza oraz spokój na widowni. Tysiące ludzi zamarło w oczekiwaniu na to, co najwspanialsze.

Tymczasem w akwarium jedna z ryb, ta szara, sekunda za sekundą zbliżała się w stronę Kleosa. Sekundy płynęły zamieniając się w minutę, potem w dwie, trzy, .. Wszyscy w idealnej ciszy i wielkim napięciu czekali na zespolenie z rybą. Nagle nad poziomem powierzchni wody akwarium, zaczęły unosić się kropelki. Wbrew prawom nauki. Najpierw w pionie. Kropelka za kropelką – woda szła do góry, jakby wspinała się na niewidoczny szczyt. W taki widok trudno uwierzyć nawet mieszkańcom Faron. Kropelki wędrujące wbrew prawom fizyki? Ale za to zgodnie z wolą natury! Promienie Dziennej Gwiazdy padając na wędrujące kropelki, powodowały zmianę ich koloru. Każda z kropelek co chwilę zmieniała barwę. A kropelek było więcej i więcej. Coraz więcej. Aż wreszcie utworzył się strumyk wystający ponad akwarium o co najmniej metr. W pewnym momencie strumyk przelał się przez niewidoczną krawędź i zaczął spływać w dół. Teraz utworzyła się pętla w kształcie elipsy. Woda płynęła w górę, wracała do akwarium i znowu do góry.

Kleos otworzył oczy, wstał i zbliżył się nieco do akwarium. A w nim zrobił się ruch, szara ryba popłynęła w górę strumyczkiem utworzonym przed chwilą. A za nią kolejne. Młodzieniec przyłożył do strumyka obydwie dłonie, a ryby po kolei każda podpływały do jego dłoni ocierając się o nie, a potem płynęły w dół. Wraz z ostatnią rybą strumyk opadł do wnętrza akwarium. Tak właśnie dokonało się trzecie naturalne zespolenie, równie niesamowite, co dwa poprzednie. Widownia ponownie, już po raz trzeci w tym wspaniałym, faroniańskim dniu – eksplodowała z radości. A może trochę także z niedowierzania? Bo jak uwierzyć w to, co dzisiaj widzieli? Róża tańcząca ze wspaniałą kobietą, dąb baraszkujący z człowiekiem oraz woda z rybami przeczące zasadom nauki. Tak! To wspaniały i niesamowity dzień. Pełen naturalnego piękna i naturalnych cudów. A wszystko to wydarzyło się dzięki Matce Naturze.

Gdy ryby opadły do akwarium, łzy szczęścia i radości popłynęły po policzkach Delnei. Płakała bijąc brawo na stojąco swojemu ukochanemu. Radowała się jego sukcesem, była z niego bardzo, bardzo dumna. Ale cieszyła się także tym, co osiągnęli Quasina oraz Karyntiusz. Naszły ją nawet myśli, które poddawały w wątpliwość jej plany. Zapytała na głos samą siebie:

— Czy aby na pewno mam rację?

Ale nie otrzymała odpowiedzi. Dookoła było tak głośno, że zapewne nikt nie usłyszał jej wewnętrznych rozterek.

Tymczasem na scenie, jak przystało na Faronianina, Kleos wykonał w stronę ryb Znak Pokory dziękując im za pozwolenie na wspaniałe zespolenie. Potem podzielił się tym gestem także ze wszystkimi ludźmi zgromadzonymi w tym przepięknym miejscu. Na koniec wolnym krokiem poszedł w stronę wyjścia. Ryby zostały wyniesione wraz z akwarium przez obsługę ceremonii. Na scenie pojawił się ponownie Mistrz Ceremonii Zespolenia. Gestem skierowanym w stronę wejścia dla uczestników zespolenia, zaprosił do siebie ludzkich bohaterów dzisiejszego dnia. Z uwzględnieniem Znaku Pokory Quasina, Karyntiusz i Kleos stanęli obok starszego człowieka. Kledzyn pozwolił na wydźwięczenie kolejnych braw i okrzyków ze strony publiczności. To było kolejne podziękowanie za wspaniałe widowiska. Po czym odtańczył w cudowny sposób następne ważne przesłanie dla mieszkańców Faron:

„Nie my czy oni, to Natura sama ich wybrała,

Taka jest jej wola, tak matka Natura chciała.”

Gdy zakończył taniec, zatrzymał się. Wzniósł delikatnie do góry ręce i spojrzał przed siebie. To był znak. Teraz kolej na kilkadziesiąt tysięcy zgromadzonych. Każdy z nich wypowiedział na głos te dwa magiczne zdania:

„Nie my czy oni, to Natura sama ich wybrała,

Taka jest jej wola, tak matka Natura chciała.”

A moc w naturalnym przesłaniu była tak wielka, że ciarki przechodziły przez ciała wszystkich zgromadzonych. Opuścił ręce, po czym podniósł ponownie, aby jeszcze raz wybrzmiało motto dzisiejszego spotkania:

„Nie my czy oni, to Natura sama ich wybrała,

Taka jest jej wola, tak matka Natura chciała.”

Ponownie opuścił ręce. Teraz wszyscy bili brawo, krzyczeli ze szczęścia, ściskali się i całowali. Zebrani na widowni wiedzieli, że zakończyły się oficjalne uroczystości zespolenia. Koniec ceremonii oznaczał początek zabawy. Dzieci i dorośli bawili się razem aż do wieczora. A gdy maluszki były już zmęczone, rodzice odprowadzali je do pobocznych pomieszczeń, gdzie mogły sobie odpocząć, a nawet spać. Nad ich bezpieczeństwem czuwali najstarsi, którzy już niekoniecznie dobrze czuli się w grach, zabawach czy tańcach. Prawie do rana trwała zabawa, okraszona pysznym, naturalnym jedzeniem oraz piciem. Oczywiście z zachowaniem naturalnego umiaru. Tutaj nikt do niczego nie był zmuszany. Istotą zabawy jest, aby każdy bawił się tak jak lubi. Oczywiście szanując innych oraz tradycje i kulturę wspaniałej planety Faron. Zabawa, jak każda inna czynność powinna być przede wszystkim naturalna.

Kleos wspólnie z żoną radował się i bawił wraz z innymi prawie do rana. Noc była ciepła i sprzyjała wspólnemu, naturalnemu ucztowaniu. A nad ranem szczęśliwi i radośni udali się do swojego wspaniałego domu, aby tam nacieszyć się sobą. Po czym, zapewne upojeni cielesną miłością, zapadli w spokojny faroniański sen.

Późny poranek niestety zburzył ich szczęście. Choć nie od razu. Bo wstali w spokoju. Dokonali porannych, naturalnych ćwiczeń podstawowych. Zjedli smaczne, naturalne śniadanie. Jak się wkrótce okaże - ich ostatni wspólny posiłek. Choć spożywając go – nie zdawali sobie z tego sprawy. A przynajmniej jedno z nich. Gdy planowali spacer po okolicy – do ich domu wpadło kilku intruzów. To były Harpie. Dwunogie, dwurękie istoty rozumne posiadające na plecach dwoje małych skrzydeł. Wyglądem nieco przypominali rasę ludzką. Jednakże ich bardzo „zimne” rysy twarzy, zdecydowanie nie mogły być pomylone z jakimkolwiek człowiekiem. Szczególnie, gdy się do tego dodało spłaszczoną i wydłużoną w pionie głowę. Bez słowa ostrzeżenia wystrzelili w stronę Kleosa ładunkami elektrycznymi. Dostał w obydwie nogi oraz w tułów. Takim ciosom nie podołał nawet taki kolos. Pod wpływem wstrząsu upadł na podłogę. Zachowując pełnię władz umysłowych, mógł jedynie patrzeć na wiązanie linami własnego ciała. Widział swoją ukochaną Delneę. Spojrzała na niego. Chciał wstać, ratować ją. Ale ładunki elektryczne, które otrzymał były zbyt silne. Paraliżowały większość jego potężnego ciała. Był zupełnie bezsilny.

Jego małżonka po wymianie kilku zdań z jednym z Harpii, pochyliła się lekko w stronę męża. Popatrzyła smutno w jego odrętwiałe oczy i powiedziała:

— Nic się nie martw ukochany, wszystko będzie dobrze. Wkrótce wszystkiego się dowiesz. Mam nadzieję, że to zrozumiesz oraz zaakceptujesz.

Po czym odwróciła się i wyszła na zewnątrz.

— „Co się dzieje?” – pomyślał Kleos z niedowierzaniem. — „Gdzie zabierają moją ukochaną żonę?”

Chciał krzyczeć, ale nie był w stanie. Ostatkiem sił podniósł górną część ciała. Próbował wstać. Wówczas otrzymał bardzo silne uderzenie, jakimś twardym przedmiotem, w tylną część głowy. Tracąc powoli przytomność, czuł ciepło własnej krwi spływającej po karku oraz szyi.

Siódma Planeta - bezpłatna powieść - ciąg dalszy ...